niedziela, 10 marca 2019

Sernik amaretti bez pieczenia


Bez dodatku żelatyny i bez jajek. Nie spodziewajcie się więc zwartego sernika, który się ładnie kroi. O, nie – ta kremowa konsystencja wiąże się z pewną niedoskonałością. Kawałek nie rozleci się przy przenoszeniu na talerzyk, ale też nie będzie jak z żurnala, czy raczej jak z czasopisma kulinarnego. Ale nie ma co ukrywać – ciasto jest pyszne. I nic was nie powstrzyma od oblizania łyżeczki, talerzyka, palców (z nożem uważajcie).

Bardzo lubię ciasteczka amaretti, kupowane w sklepie podobają mi się również z tego względu, że lista ich składników jest dość krótka i w miarę naturalna. Połączenie amaretti z kremowym serem i przełamanie migdałowo-waniliowego wnętrza owocowym wierzchem, jest naprawdę dobrym pomysłem.
To niewymagający wielkich umiejętności deser. Jedyne, co trzeba mu zapewnić, to chłód lodówki, albo balkonu, i więcej niż zwykle czasu – amaretti muszą zmięknąć.

Składniki (na tortownicę o śr. 20 cm):

Na spód
150-160 g ciastek owsianych (typu digestive), albo cienkich – korzennych,
100 g ciastek amaretti,
2 łyżki masła,
3 łyżki mleka kokosowego,
Łyżeczka kakao,
Łyżka wiórków kokosowych.

Na masę serową
450 g zmielonego sera (wieluński będzie OK.),
150 g serka ricotta,
Esencja waniliowa (albo cukier z prawdziwą wanilią),
2 tabliczki białej czekolady (180-200 g).

Na wierzch
Duży kubek mrożonych, leśnych owoców,
Płaska łyżka mąki ziemniaczanej,
2 kopiaste łyżki cukru.

Dodatkowo
Ciastka amaretti.

Do misy malaksera wrzucamy ciastka – miksujemy. Masło roztapiamy, wlewamy do kruszonki razem z mlekiem kokosowym, dosypujemy kakao i wiórki. Znów miksujemy, krótko – do uzyskania konsystencji mokrego piasku.
Wsypujemy mieszankę do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia, rozprowadzając i lekko dociskając, tworzymy spód.
Białą czekoladę rozpuszczamy na parze – uważając, by naczynie z nią nie dotykało wody. Nie mieszamy czekolady, czekamy aż sama się rozpuści. Odstawiamy do przestudzenia.
Obydwa sery umieszczamy w misce, mieszamy mikserem. Dolewamy esencję waniliową – zapach wanilii powinien być wyczuwalny po wymieszaniu. I dodajemy powoli, po łyżce, roztopioną czekoladę – przez cały czas mieszając.
Masę serowo-czekoladową wykładamy na spód, wygładzamy delikatnie wierzch, odstawiamy tortownicę w chłodne miejsce.
Wsypujemy owoce razem z cukrem do rondla, gdy tylko puszczą sok, a cukier się rozpuści (ważne, by owoce za bardzo się nie rozgotowały, będą lepiej wyglądać na wierzchu ciasta), dolewamy mąkę ziemniaczaną rozpuszczoną w kilku łyżkach zimnej wody. Powstanie dość gęsta owocowa frużelina (jeśli jest zbyt gęsta – dodajemy odrobinę ciepłej wody, mieszamy), trzeba ją przestudzić.
Na masę serową wykładamy ciasteczka amaretti – tak, by zapełniły cały wierzch. Na nich rozprowadzamy przestudzoną frużelinę. I odkładamy sernik w chłodne miejsce – przynajmniej na 9-10 godzin.
Kroimy ostrym nożem, przyda się niewątpliwie łopatka do ciasta.





wtorek, 5 marca 2019

Tatar śledziowy z marynowanym imbirem


Różne bywają talenta. Ktoś dobiera części garderoby tak, że oderwać wzroku nie można, ktoś w mig zamienia zimny pokój w klimatyczne wnętrze, inny - słowami, albo dźwiękami trafia prosto w serce, a ja umiem łączyć ze sobą składniki i smaki. Nie wiem, czy tak było zawsze, czy od dziecka miałam niezachwianą pewność, że w potrawach coś pasuje, albo nie. Pamiętam nuty dominujące i ukryte w każdym składniku, sięgam po nie tak, jakbym otwierała jakieś szuflady i z nich brała to, co trzeba i ile trzeba.
Ostatnio zawładnął mną marynowany imbir. Kupiłam słoiczek i czekałam na iluminację. I nagle, ni stąd, ni zowąd, wszystko zaczęło się dopasowywać jak puzzle pod koniec układania. Tak powstał ten tatar, przekąska, w której wszystko mi „gra”. No, prawie wszystko. Bo uważam, że brakującym do ideału elementem są marynowane opieńki. Nie jadłam ich od bardzo dawna, ale pamiętam jak smakują. Trochę jakby nie były grzybami, tylko dziwnym wytworem leśnym, w którym jest goryczka, słodycz i zapach... sudeckich potoków i skał. Takie to, widzicie, dziwne i trudne do zdefiniowania rzeczy dzieją się z naszym mózgiem. W każdym razie – lubię ten mój dar. :)

Składniki (porcja dla 2-3 osób):
Opakowanie (160 g) śledzia atlantyckiego a la matjas (Lisner), albo 2-3 mięsiste płaty śledziowe, dobrej jakości,
Pół czerwonej cebuli – bardzo drobno posiekanej,
2 łyżki odcedzonego z zalewy, marynowanego imbiru,
2 łyżki marynowanych grzybów (leśnych, albo pieczarek),
3-4 małe korniszony,
Łyżeczka musztardy ziarnistej albo/i mniej niż pół łyżeczki wasabi,
2-3 łyżki sosu sojowego kikkoman,
2-3 łyżki oleju z orzechów włoskich, albo z pestek dyni, albo lnianego,
Łyżeczka zielonego, marynowanego pieprzu,
Dodatki: koperek świeży/ natka pietruszki, jogurt grecki, płatki chili.


Siekamy drobno płaty śledzia, podobnie – marynowany imbir, grzybki i korniszony. Łączymy z cebulą i mieszamy. Dodajemy musztardę, albo wasabi. To drugie – ostrożnie, najpierw odrobinę i próbujemy, czy nam pasuje – wasabi nie powinno zdominować smaku. Dolewamy sos kikkoman i olej, dosypujemy zielony pieprz i odkładamy tatara w słoiczku na noc do lodówki.
Genialna przystawka – z ciemnym, najlepiej litewskim, mocno kminkowym, chlebem. Odrobina jogurtu, świeżość zieleniny i ostry akcent chili... Jadłabym bez końca.


poniedziałek, 18 lutego 2019

Kalafior zapiekany z ziemniakami


Irytują mnie ogłaszane co sezon światowe trendy jedzeniowe – co będzie na talerzu najmodniejsze, jaką dietą wypada się pochwalić, który składnik jest tym razem wyjątkowo zdrowy, a który passé.
Ale jest jeden kierunek, który od lat budzi moją wielką sympatię, i któremu nasze mamy i babcie żyjące w PRL-u były wierne. Nie mając zresztą wyjścia. Moda na niemarnowanie jedzenia. Kiedyś – bo jedzenia było mało, a teraz – bo jest go za dużo i pozyskuje się je w sposób zagrażający naturalnemu środowisku, wyrzuca masowo do śmieci, przetwarza - zmieniając w niejadalne. Są specjalne ruchy kulinarno-społeczne, programy telewizyjne, mnóstwo porad w internecie.
Mam nadzieję, że to nie tylko moda, ale działanie, które zmieni się w nawyk. Dla dobra nas wszystkich.
Zwykle resztka z obiadu od razu uruchamia we mnie myśl – co by tu z tego zrobić. Ostatnio wspiera mnie w tym Nigel Slater, który często poleca bardzo proste i inspirujące potrawy. Tym razem zostało mi ziemniaczane puree – z bardzo dobrych, mączystych ziemniaków. I znalazłam w książce „Jedz. Mała księga szybkich dań”, przepis na ziemniaki zapiekane z kalafiorem, w sosie serowym. „Kojące, skromne. Czysta rozkosz” – napisał o tym daniu Nigel. Moja wersja może mniej wysublimowana, ale smaczna bardzo. I „Zero Waste”. :)

Składniki (na formę 23-25 cm):
Ok. 1,5 -2 szklanki puree ziemniaczanego,
Mały kalafior,
Nieco śmietanki, albo mleka - do puree,
Ok. 0,5 l mleka do gotowania kalafiora,
2 listki laurowe,
Gałka muszkatołowa, sól i pieprz – do smaku,
Kawałek twardego, dojrzewającego sera (parmezan, cheddar, dziugas) – ok. 100 g,
Masło, albo oliwa do nasmarowania formy,
2-3 łyżki bułki tartej.


Kalafior oczyszczamy, dzielimy na niewielkie różyczki, wkładamy do rondla i zalewamy mlekiem. Dodajemy listki laurowe i zagotowujemy. Gotujemy kilka minut, aż grubsze części kalafiorów nieco zmiękną. Puree mieszamy ze śmietanką i połową startego drobno sera – można to zrobić w malakserze, by powstała jednolita, luźna masa. Trzeba dodawać mleko/ śmietankę po łyżce – do momentu uzyskania właściwej konsystencji. Doprawiamy puree gałką, solą i pieprzem. Smarujemy naczynie masłem, albo oliwą, posypujemy bułką tartą . Wykładamy podgotowany kalafior, a na niego masę ziemniaczaną, lekko ugniatamy i wyrównujemy. Na wierzch dajemy starte płatki z reszty sera. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 190 stopni i pieczemy do zrumienienia – ok. 15 min.
Podajemy z gotowanymi warzywami i sosem czosnkowym, albo koperkowym. Doskonały dodatek do ryby. Z każdą surówką też pychota.







poniedziałek, 28 stycznia 2019

Bigos z czerwoną kapustą


Już widzę to przewracanie oczami, już słyszę te kąśliwe uwagi, że to nie jest bigos, tylko kapusta z kapustą. Bo prawdziwy bigos z mięsem musi być, a najlepiej z dziczyzną. Polemizować nie będę, poproszę tylko: żyj i daj żyć innym, jedz i daj jeść innym.

Bardzo ten wariant za mną „chodził”. Zimą jest pragnienie zdecydowanego smaku i koloru, może też organizm domaga się czegoś kwaśnego, sycącego, bogatego. Ta kapusta wygląda przepięknie, pełna jest składników, które łączą się harmonijnie i – tak jak tradycyjny bigos – nabiera szlachetnej głębi po kilku dniach. Szczęśliwie obdarowana zostałam suszonymi grzybami, mogłam sobie pozwolić na luksusowy ich dodatek, według mnie – konieczny. To fantastyczny kolaż suszonych owoców i warzyw tworzy tę potrawę, a nie kapusta.

I jeszcze taka osobliwość: ponoć gotowanie kwaśnej kapusty ze słodką, sprawia, że obydwie będą twarde. Fakt: zawsze łączyłam je po osobnym gotowaniu. Tym razem zaryzykowałam, najpierw podgotowałam kwaśną, a potem dodałam poszatkowaną czerwoną. Efekt – świetny, kapusta w sam raz, z dwojga złego wolę taką odrobinę twardawą, niż rozgotowaną. Zachęcam!

Składniki (spora porcja - dla kilku osób):

½ kg kiszonej, odciśniętej z soku kapusty (kto woli mniej kwaśną może dodatkowo przepłukać wodą),
½ główki czerwonej kapusty (średniej wielkości),
Duża cebula,
Garść suszonych grzybów,
10 suszonych śliwek (bez pestek),
2-3 łyżki suszonych wiśni (albo żurawiny),
Kilka suszonych, pokrojonych w paski pomidorów,
1 większa marchewka,
1 jabłko (najlepiej szara reneta),
Łyżka miodu,
Łyżka koncentratu pomidorowego,
Przyprawy: 2-3 liście laurowe, 3 ziela angielskie, łyżeczka garam masali, sos sojowy, papryka wędzona (pół łyżeczki), sól, pieprz,
½ szklanki czerwonego wina,
Olej rzepakowy.

Kiszoną kapustę kroimy, wrzucamy do sporego garnka, zalewamy wodą tak, by przykryła kapustę. Dodajemy liście, ziele, grzyby i gotujemy ok. pół godziny na małym ogniu (licząc od zagotowania).
Czerwoną kapustę dość cienko szatkujemy i po 30 minutach dokładamy do gotującej się kiszonej. Gotujemy razem ok. 20 minut – jeśli po tym czasie czerwona wydaje się zbyt twarda można przedłużyć gotowanie. Odcedzamy kapusty z nadmiaru płynu, zostawiając jego odrobinę na dnie.
Ugotowane grzyby można pokroić na mniejsze kawałki.
Na kilku łyżkach oleju przesmażamy pokrojoną w kostkę cebulę i startą na tarce marchewkę. Dodajemy je do kapusty, razem ze startym na grubszej tarce jabłkiem (ze skórką), miodem, koncentratem, owocami, pomidorami i resztą przypraw (do smaku). Dolewamy wino i gotujemy na małym ogniu, mieszając – przez ok. 10 minut.
I jak to bywa z bigosem: najlepiej wystudzić szybko, w jak największym chłodzie i jeść na drugi dzień, pozwolić smakom się „przegryźć”.
No i można też dodać inne przyprawy (majeranek, jałowiec, czosnek, rozmaryn), ulubione dodatki, coś swojego wykreować.

W końcu gotowanie to sztuka, a ile kucharzy, tyle bigosów. :)





niedziela, 20 stycznia 2019

Monkey bread, czyli chlebek cynamonowy


To ciasto ma długą tradycję w Stanach Zjednoczonych, popularność zdobyło w latach 40. i 50. XX wieku, a do rozpowszechnienia tego – wydawałoby się – skromnego wypieku, przyczyniła się również... Nancy Reagan. Ponoć prezydent Ronald Reagan tak lubił monkey bread, że nie było świąt w Białym Domu bez lepkich kuleczek z ciasta drożdżowego uformowanych w pierścień. Gdy przepis ukazał się w książce kucharskiej dotyczącej menu prezydenckiego (Henry Haller: The White House Family Cookbook, Nowy Jork, 1987), każda szanująca się, amerykańska gospodyni, za punkt honoru stawiała sobie przygotowanie najsłodszej, najbardziej karmelowej i maślanej wersji.
W moim przypadku wszystko zaczęło się od kupienia nowej formy, zwanej „ring cake”, czyli w kształcie pierścienia, z kominkiem na środku. Jest ona niższa od formy do wypieku babki, ciasto nie ma kształtu stożka, wydaje się wprost idealna do swojskich kołaczy.
Zastosowałam drożdże instant, skraca to czas przygotowania, zmniejszyłam też nieco ilość cukru – jak się okazało, bez szkody dla smaku.
Ciasto okazało się czymś zaskakującym, nowym. Przyzwyczajeni do miękkości drożdżówki, możemy zdziwić się twardszą, chrupiącą skorupką pokrywającą każdy kawałek. No i ciasta się nie kroi, tylko odrywa po kawałku, a gdy już zacznie się to robić, trudno przestać. Wyobrażam sobie małpi chlebek jako genialne śniadanie, z kubkiem latte, kawy zbożowej, czy mleka. A skąd ta nazwa? Jest wiele hipotez, jest też wiele alternatywnych nazw (hungarian coffee cake, bubble bread, monkey puzzle bread itd.). Wydaje mi się, że kawałki ciasta przypominają poprzytulane do siebie małpie pyszczki, ale może nadinterpretuję. Może faktycznie nazwa pochodzi od „monkey food”, czyli zwanych tak potocznie, drobnych przekąsek z południa USA.
Tak, czy siak - to jeden z najlepszych drożdżowych wypieków jakie znam i na pewno będę do niego wracać. Może w jakiejś innej wersji – wytrawnej, albo z owocami?

Skorzystałam z informacji zamieszczonych na stronie toriavey.com. Przepis nieco zmodyfikowałam.

Składniki:
3 pełne szklanki mąki tortowej,
Torebka drożdży instant (7 g),
¾ szkl. mleka,
5 łyżek cukru trzcinowego,
100 g masła,
1 duże jajko (wolnowybiegowe),
1 żółtko (też z jajka „0” lub „1”),
Pół łyżeczki soli.


Posypka/polewa
100 g masła,
Nieco mniej niż ¾ szkl. cukru trzcinowego albo brązowego,
2 łyżeczki cynamonu,
½ szkl. posiekanych orzechów (najlepiej pekan, mogą być też włoskie).


Mąkę przesiewamy.
Masło roztapiamy, do ciepłego dolewamy mleko, wbijamy jajko i żółtko, dosypujemy cukier i sól – mieszamy.
Do takiej mieszaniny dodajemy większą część mąki i wsypujemy drożdże – wyrabiamy. Dlaczego nie całą mąkę? Bo mąki są różne, a im mniej dodamy mąki, tym ciasto będzie bardziej puszyste i delikatne.
Przy wyrabianiu można pomóc sobie robotem planetarnym z mieszadłem – hakiem. Gdy ciasto zacznie przy wyrabianiu odstawać, odlepiać się od ścianek naczynia, przekładamy je na blat, albo stolnicę i wyrabiamy dalej, do uzyskania gładkiego, nie przylepiającego się do dłoni ciasta. W trakcie wyrabiania dosypujemy po odrobinie mąki.
Ciasto przekładamy do miski z wyższym brzegiem, posypanej delikatnie mąką, przykrywamy je ściereczką i odkładamy do wyrośnięcia na ok. 1,5 godz. w ciepłe miejsce. To jedna opcja. Druga, którą wolę, zakłada przygotowanie ciasta wieczorem i umieszczenie go w misce przykrytej folią spożywczą w lodówce, na całą noc. Rano wstajemy, a tu czeka na nas odpowiednio wyrośnięte ciasto. I mamy ciepły wypiek na śniadanie. :)
Natłuszczamy masłem formę z kominkiem na środku. Moja ma średnicę 25 cm.
Masło roztapiamy, powinno być lekko przestudzone.
Cukier łączymy z cynamonem i posiekanymi dość drobno orzechami.
Ciasto dzielimy na pół, formujemy z każdej części długi wałek o średnicy ok. 3 cm i dzielimy go przy pomocy noża na kawałki wielkości średniego orzecha włoskiego. Toczymy z nich kulki. Powinno ich być ok. 50-57. Kulki wkładamy partiami do masła, potem przenosimy je do obtoczenia w cukrze z cynamonem i przekładamy je do formy. Wypełniamy formę do połowy jej wysokości.
Nagrzewamy piekarnik do temp. 180 stopni (góra/dół).
Gdyby zostało roztopione masło, można dodać do niego odrobinę cukru i kakao, wymieszać i taką polewą oblać dodatkowo kuleczki ciasta.
Pieczemy ok. 35-40 minut. Ciasto mocno zbrązowieje. Po wyjęciu z piekarnika, odstawiamy je na 5 minut, po czym przykładamy do formy płaski talerz, i odwracając, wyjmujemy ciasto.
Najlepsze jest leciutko ciepłe, z dodatkiem domowych konfitur, albo powideł. Ale i bez nich smakuje jak milion dolarów.





niedziela, 13 stycznia 2019

Salame di cioccolatto, czyli czekoladowe salami


To włoski przysmak, ale skojarzenia „starszaków” pamiętających słodycze rodem z PRL-u, jak najbardziej uzasadnione.
Wchodziło się do ciemnego sklepu ze skrzypiącą, drewnianą podłogą, półki pod sam sufit, słoje z landrynkami, dropsy, irysy, pudrowe miętówki na wagę, torebeczki z oranżadą w proszku, a przy kasie, na ladzie, zawinięte w papier pergaminowy leżały tzw. bloki, albo łomy – czekoladowe i waflowe. Kupowało się je na wagę, chrzęściły trochę w zębach, z prawdziwą czekoladą niewiele miały wspólnego, ale były... słodkie. Nie przepadałam za nimi, pamiętam, że moja Mama lubiła, chyba przypominały jej o remedium na ciężkie czasy bez jakichkolwiek słodyczy.
Przypuszczam, że i we Włoszech przygotowuje się i jada salame di cioccolatto z sentymentu dla dawnych lat, że ten śmieszny smakołyk to powrót do dzieciństwa. To zresztą zupełnie inna liga jakości – czekolada, masło, bakalie, no i ten efektowny wygląd!
Jest jeszcze praktyczny aspekt przygotowywania czekoladowego salami – po świętach można wykorzystać wszystkie resztki ciastek, suszonych owoców, orzechów. Nie muszę też chyba dodawać, że to może być wspólne dzieło, że z dziećmi można przygotować takie salami jako prezent dla babć i dziadków.
Same plusy!
Zmodyfikowałam nieco oryginalny, włoski przepis Gennaro Contaldo*, bo staram się nie używać surowych jajek i ograniczam w większości przepisów ilość cukru.

Składniki (na dwa salami o dł. 20-23 cm):
100 g czekolady gorzkiej (bardzo polecam moją ulubioną kawową z kardamonem z Terravity!),
6 łyżek drobnego cukru,
100 g masła,
200 g pokruszonych ciastek (mogą to być resztki biszkoptów, ciastek korzennych, ciastek typu digestive) – ciastka nie powinny być zbyt rozdrobnione, raczej niewielkie kawałeczki, nie okruchy,
150-200 g suszonych owoców i orzechów (figi, morele, żurawina, rodzynki, śliwki, wiśnie, orzechy laskowe, orzeszki piniowe, włoskie itp.),
5 łyżek ciemnego kakao dobrej jakości,
3 łyżki mleka roślinnego,
Odrobina mocnego alkoholu (brandy, rum, spirytus) – opcjonalnie.
Cukier puder – do obtoczenia.


Potrzebny będzie papier do pieczenia i folia spożywcza, oraz cienki, mocny sznurek.
Czekoladę łamiemy na kawałki, masło kroimy w kostkę – jedno i drugie umieszczamy w misce, kładziemy ją na garnku z gotującą wodą (nie może dotykać powierzchni wody!) i rozpuszczamy obydwa składniki, mieszając je i łącząc ze sobą.
Ciastka wsypujemy do miski, dorzucamy bakalie (większe owoce trzeba pokroić), wsypujemy kakao, dolewamy mleko i 2-3 łyżki alkoholu (spirytusu mniej). Wlewamy rozpuszczoną czekoladę z tłuszczem i mieszamy drewnianą łyżką, aż masa będzie w miarę jednorodna. Dzielimy na dwie porcje.
Większy kawałek papieru (taki, by można swobodnie zawinąć połowę masy) wkładamy pod kran, zwijamy w kulkę, zwilżamy, rozprostowujemy, strzepujemy wodę i układamy go na blacie. Układamy jedną część masy wzdłuż dłuższego boku, przy pomocy papieru formujemy podłużny, zwarty wałek, nie za cienki, o długości ok. 20-23 cm. Zawijamy go dokładnie w wilgotny papier, okręcamy dodatkowo folią spożywczą, końcówki zawiązujemy sznurkiem, możemy też nim okręcić całość, formując zgrabne „salami”.
To samo robimy z drugą częścią.
Wkładamy obydwa wałki do lodówki, schładzamy przez kilka godzin (można proces przyspieszyć umieszczając je w zamrażalniku na ok. 20 minut). Rozwijamy, obtaczamy dokładnie w cukrze pudrze i zawijamy w folię spożywczą.
Zbyt zimne salami i krojone w zbyt cienkie plasterki, będzie się kruszyć. Lepiej przed pokrojeniem przetrzymać je w pokojowej temperaturze i kroić nieco grubiej.
Przechowujemy w chłodnym miejscu.

*”Gennaro`s Easy Italian” (wyd. Headline).






niedziela, 6 stycznia 2019

Caldo verde, czyli zupa z jarmużem


To taka bieda zupka, przednówkowa – o ile przednówkiem można nazwać czas, gdy jedna wypłata już się skończyła, a drugiej jeszcze nie ma... Styczeń jest więc chyba najbardziej odpowiednim miesiącem, by zaproponować taki przepis.
A już bardziej serio: choć niepozorna, wręcz paskudna z wyglądu (przypomina bagno Shreka ;)), to naprawdę smaczna, wartościowa i – tak, użyję tego słowa nielubianego przez smakoszy – pożywna zupa. Znają ją pielgrzymi szlaku do Santiago de Compostela, szczególnie Ci, którzy idą tam przez Portugalię, bo to portugalski smak. Co prawda używają tam zamiast jarmużu kapusty portugalskiej i dokładają chouriço albo linguiça, czyli kiełbasę w typie hiszpańskiej chorizo, proponuję jednak przetestowanie wersji bezmięsnej, przypominającej nieco naszą kartoflankę. Dodaję też szpinak, żeby ta zieleń zupy nie istniała tylko w nazwie. ;)

Składniki (porcja dla 3-4 osób):
100-120 g jarmużu – oczyszczonego z twardych łodyg i drobno pokrojonego,
Garść młodego szpinaku – opcjonalnie,
3-4 średnie ziemniaki – obrane, umyte, pokrojone w kostkę.
Litr bulionu warzywnego,
1 większa cebula,
Dwa ząbki czosnku,
Oliwa z oliwek,
Wędzona, słodka papryka
Sól, pieprz,
Szczypiorek.


Wrzucamy pokrojony jarmuż do garnka, zalewamy go gorącą wodą i gotujemy ok. 8-10 minut, odcedzamy.
Na oliwie (2 łyżki) smażymy drobno pokrojoną cebulę i posiekany czosnek, po kilku minutach dodajemy ziemniaki, mieszamy i dusimy razem ok. 5 minut. Zalewamy warzywa bulionem i gotujemy do miękkości ziemniaków. Następnie 2-3 łyżki ziemniaków wyjmujemy, a resztę miksujemy. Dokładamy podgotowany jarmuż i odłożone ziemniaki, gotujemy kolejnych kilka minut.
Gdyby zupa była za gęsta można dolać nieco wody, albo bulionu. Pod koniec dorzucamy posiekany szpinak, po 2-3 minutach odstawiamy zupę z ognia. Doprawiamy do smaku odrobiną wędzonej papryki, solą i pieprzem, podając posypujemy każdą porcję pokrojonym szczypiorkiem i wędzoną papryką.
Ze świeżym, chrupiącym pieczywem – będzie idealnie.