czwartek, 10 września 2020

Rolada jabłkowa, czyli powrót do przyszłości


To jest ciacho z gatunku sentymentalnych, znanych od wielu lat, ale z jakichś powodów niemodnych. Na szczęście klasyka zawsze się obroni, a coraz częściej wraca się też do prostych smaków, a nie wynalazków podpatrzonych w prasie kolorowej, wymyślnych i pięknych na zdjęciu ze stocka. Wbijam tu szpilkę szczególnie - według mnie - przereklamowanym makaronikom, których smak nie rekompensuje pracy, jaką trzeba włożyć w ich przygotowanie. Spokojna głowa - rolada to łatwizna i pychota.
Przepis mignął mi podczas przeglądania blogu poświęconego kuchni Podkarpacia*, potem zobaczyłam, że podobną roladę poleca Irena, „dlaczego nie?” – pomyślałam.

W tym sezonie jabłka są wyjątkowo drogie, swojska szarlotka, czy choćby taka rolada tym bardziej w cenie. Jabłka do niej powinny być jak do innych ciast z tym owocem – kruche, niezbyt soczyste, w typie antonówek, czy renety.
Rach, ciach - gotowe. Upieczone, zawinięte, wystudzone.
Kroję pierwszy kawałek, próbuję i przeżywam olśnienie iście proustowskie. Skąd ja znam ten smak? Głowię się, szukam w zakamarkach, rozwijam te papierki z cukierkami dobrych wspomnień... i nic. A przecież to tylko biszkoptowe ciasto, cynamon i jabłko. Trio tak zwyczajne, jak kawa, mleko i drożdżówka. Drożdżówka... i bęc! Jak w kreskówce o pomysłowym Dobromirze, piłeczka odbijająca się na głowie znika, jest rozwiązanie problemu cukierniczego. Codzienne powroty z liceum w innym mieście, a w drodze na dworzec cukiernia przy moście i ten moment dnia, gdy zanim dojedzie się na obiad do domu, żołądek domaga się czegoś. A to coś jest albo drożdżówką, albo ciastkiem zwanym omletem, czyli biszkoptowym krążkiem, który otula masę jabłkową z cynamonem. Czy była tam też bita śmietana? Już nie pamiętam, ale ten smak: delikatny, cukrowo-jajeczny połączony z kwaskowym nie budzi wątpliwości. To jest to.

Słodka retrospekcja, która jest jednocześnie powrotem do przyszłości. Bo przecież będę wracać do tego przepisu.

Składniki (na blachę 35/39 cm, takie ma wymiary wewnętrzne moja duża blacha z wyposażenia piekarnika):
5 jajek (zerówki, albo jedynki, nie kupujcie klatkowych!),
5 łyżek cukru,
5 łyżek mąki tortowej,
1 łyżka mąki ziemniaczanej,
Płaska łyżeczka proszku do pieczenia,
4 duże jabłka (ok. 900 g),
2-3 łyżki bułki tartej,
Cynamon i cukier waniliowy do posypania,
Cukier puder.


Jajka wyjmujemy z lodówki – powinny mieć temperaturę pokojową.
Jabłka obieramy, dzielimy na cztery części, oczyszczamy z nasion i kroimy na dość cienkie (ok. 0,5 cm) plastry. Na blaszce umieszczamy papier do pieczenia i posypujemy go bułką tartą. Wykładamy jedną warstwę plasterków jabłek, mogą delikatnie na siebie nachodzić. Posypujemy owoce cynamonem i cukrem z wanilią.
Łączymy ze sobą obydwie przesiane mąki i proszek do pieczenia.
Oddzielamy ostrożnie białka od żółtek. Ważne, by ani odrobina żółtka nie dostała się do białek, bo nie ubiją się one odpowiednio. Miskę robota kuchennego można przetrzeć odrobiną soku cytryny i wytrzeć ręcznikiem, by była sucha. Wlewamy do niej białka i ubijamy je na sztywną pianę (z odrobiną soli), dodajemy po łyżce cukier (najlepiej ten specjalny do wypieków, drobny). Piana zgęstnieje, będzie lekko błyszcząca, wtedy dodajemy do niej żółtka – PO JEDNYM, cały czas ubijając. Gdy się połączą z pianą, wyłączamy mikser. Za to włączamy piekarnik, by nagrzał się do temp. 175 stopni (góra/dół).
Dosypujemy do piany po łyżce składniki suche, czyli mąki z proszkiem i mieszamy po każdym dosypaniu szpatułką, delikatnie, z wyczuciem. Ciasto wykładamy na blachę z jabłkami, ostrożnie rozsmarowujemy je na całej powierzchni. Wkładamy blachę do nagrzanego piekarnika i pieczemy ok. 15-16 minut.
I teraz ta część, która decyduje o kształcie rolady.

Wyjmujemy blachę z piekarnika. Nakrywamy ją bawełnianą, ZWILŻONĄ LEKKO WODĄ ściereczką i przytrzymując odwracamy. Na spodzie powinna być więc ściereczka, a na niej gorące ciasto z papierem na górze. Papier ostrożnie zdejmujemy, po czym zwijamy ciasto wzdłuż dłuższego brzegu w roladę, pomagając sobie ściereczką (podobnie jak przy formowaniu rolek sushi).
Powstały wałek ciasta z jabłkami wewnątrz, zawijamy w tę samą ściereczkę i odstawiamy do wystudzenia.

A gdy wystygnie, można przed krojeniem i podaniem posypać całość cukrem pudrem i cieszyć się tym przedelikatnym i przepysznym, lekko wilgotnym dobrem. Dodatek bitej śmietany, albo lodów i odrobiny gęstego likieru – przyda się na specjalne okazje, ale - wierzcie mi - i sama taka rolada wywoła zachwyt. Może także obudzi wspomnienia. :)

*trzecitalerz.blogspot.com





niedziela, 6 września 2020

Smażony ser podkarpacki


Zdaję sobie sprawę, że to przepis nie dla każdego. Bo ktoś może nie je nabiału, albo nie ma dostępu do wiejskiego mleka i twarogu. Ale traktuję ten blog jako swego rodzaju dziennik, pamiętnik kulinarny, a byłoby grzechem nie odnotować faktu, że zrobiłam taki ser.
Ten dziwny rok trzeba zapamiętać. Nie tylko z powodu epidemii, ale raczej z powodu wszystkich dobrych, nowych rzeczy, które się zdarzają. Bo to one trzymają nas przecież w pionie, pozwalają zachować pewność, że dopóki się czegoś uczymy, albo coś nowego poznajemy, idziemy do przodu. Powolutku, małymi kroczkami, ale zawsze. Nauczyłam się robić smaczny ser. Fajnie brzmi?
Przepis jest banalny, znany w różnych rejonach Polski i nie tylko. A po co z twarogu robić taki ser? Choćby po to, żeby spożytkować nadmiar mleka i twarogu, żeby przedłużyć jego trwałość, żeby uzyskać nowy, ciekawy smak. Dostałam około kilograma wiejskiego, domowego twarogu, kupiłam mleko prosto od krowy - to podstawa. Podpatrzyłam przepis na blogu trzecitalerz.blogspot.com, który jest kopalnią regionalnych przepisów Podkarpacia. Nie chciałam robić twarogowego sera zgliwiałego, bo... nie lubię fazy gliwienia, w tym przypadku wszystko jest świeże, pachnące, rześkie.
Do dzieła więc!

Składniki:
Ok. 1 kg wiejskiego twarogu,
750 ml świeżego mleka,
50-90 g masła (im go mniej, tym ser bardziej miękki),
2 jajka (zerówki!),
Płaska łyżeczka soli,
Płaska łyżeczka sody oczyszczonej,
Dodatki – opcjonalnie: czarnuszka, albo kminek, papryka, zioła, przyprawa z suszonych pomidorów z czosnkiem.


Ważny jest garnek – dobrze, by miał grubsze dno. Wlewamy do niego mleko i zagotowujemy, twaróg rozkruszamy i dorzucamy do gotującego się mleka. Zmniejszamy płomień gazu, gotujemy powoli przez 5-8 minut, mieszamy całość często, by twaróg nie przywierał do dna, powinien się zebrać na spodzie w postaci drobnych grudek. Wyłączamy gaz, odstawiamy garnek z serem na 15-20 minut, po tym czasie odcedzamy go z serwatki (nie wylewamy jej, przyda się np. na zupę).
Jajka wbijamy do miski, roztrzepujemy je z solą i sodą.
Masło roztapiamy w rondlu, albo na patelni z grubym dnem. Wrzucamy na patelnię odcedzony twaróg, mieszamy cały czas, dość energicznie, twaróg zacznie się jakby rozpuszczać i zmieniać konsystencję. Dodajemy jajka i mieszamy tak, by wszystko się ze sobą połączyło. Jeśli chcemy – dosypujemy przyprawę, ja lubię najbardziej dodatek czarnuszki. Ser będzie plastyczny, miękki, bardzo gorący. Można przełożyć go do plastikowego pojemnika, albo do przeciętej butelki po mleku, potem można ją rozciąć i wyjąć uformowany ser. Można też posypać ser np. przyprawą pomidorowo-czosnkową, czy obtoczyć go w niej. W każdym razie ser ma być przykryty, by nie utworzyła się na nim taka twardsza warstwa.
Przeczytałam, że z tej proporcji uzyska się 500-600 g sera, ale ja uzyskałam ok. 900 g (jakieś takie cudowne rozmnożenie, czy co...?).
Po wystudzeniu ser umieszcza się w lodówce, gdy stwardnieje, elegancko się kroi. A potem – na kanapkę, do tosta, z winogronami, oliwkami, do wina...




wtorek, 14 lipca 2020

Kasha Salada, czyli sałatka z kaszą gryczaną


Wakacje to czas nowych doznań, podróży, poznawania ludzi, smakowania chwil i jedzenia.
Ale co zrobić, gdy podróżować można w bardzo ograniczonym stopniu? Z różnych względów, teraz głównie z powodu epidemii koronawirusa obecnej na całym świecie.
Pozostają podróże bardzo bliskie, lokalne, palcem po mapie, okiem po książce, widelcem, albo łyżką po talerzu. Co nie znaczy, że nudne, czasem wręcz ciekawsze niż te w odległe kraje. A czasami uda się pogodzić tęsknotę za dalekim światem z koniecznością poprzestania na tym, co w zasięgu ręki...
Chwil spędzonych w czerwcu nad Bałtykiem, nad brzegiem morza, w umiarkowanym słońcu, z dala od ludzi, z głową zanurzoną w książkach, nie zamieniłabym na przeciskanie się w ciżbie turystów, w upale, w biegu, byle jak najwięcej zobaczyć.
Dzięki J. :) te nadmorskie chwile były w tym roku wyjątkowo miłe, bo poleciła mi moja ulubiona bratowa książkę „Lizbona. Miasto, które przytula” Weroniki Wawrzkowicz-Nasternak i Marty Stacewicz-Paixão. A tam kolory, smaki, ludzie, trochę historii i dużo współczesności miasta, któremu film poświęcił Wim Wenders, a muzyka Madredeus otuliła dźwięczną nostalgią.
Od pierwszego do ostatniego słowa czuje się pod piórem autorek pasję i miłość, miasto, za którym tęskni się jak za człowiekiem, staje się bliskie, choć nigdy się tam nie było. To trochę jak z filmem „Imagine” Andrzeja Jakimowskiego, wspomnianym zresztą w książce wielokrotnie – tylko tu mapą stają się słowa, a nie dźwięki miasta.
Dałam się poprowadzić i zarazić Lizboną, jest to nieuniknione po tej lekturze. Czy kiedyś tam pojadę? Nie wiem, na razie oddałam swoją tęsknotę kulinarnie. To nie jest kalka, ani bezpośrednie nawiązanie do kuchni portugalskiej (o której wiele się z książki dowiedziałam), raczej impresja i próba pogodzenia smaku polskiego z delikatnym echem Portugalii.
Książkę z serca polecam, podobnie jak ten przepis. Sałatka też może przytulić.
A przy okazji pierwszy zwrot po portugalsku jakiego można się nauczyć: gosto muito de ti (gosztu-muitu-dy-ti), co znaczy zarówno „bardzo cię lubię”, jak i „bardzo mi smakujesz”.

Składniki (porcja dla 2-3 osób):
Puszka ciecierzycy,
Kilka filecików anchois,
Oliwa,
Sok z cytryny,
Szczypta cukru trzcinowego,
Szczypta papryki wędzonej (opcjonalnie),
100 g ugotowanej kaszy,
2 spore pomidory,
Puszka mieszanki różnych gatunków fasoli (albo pół puszki fasoli białej i pół – czerwonej),
Kawałek twardego, wędzonego sera (może być oscypek),
Jedna, średnia szalotka,
Ocet winny albo balsamiczny,
Świeże zioła (oregano, tymianek, koperek, natka pietruszki, szczypiorek),
Sól i pieprz.


Ciecierzycę odcedzamy (płyn można zostawić, by zrobić z niego majonez wegański, albo po prostu dodać do jakiegoś sosu), dwie łyżki cieciorki odkładamy, a resztę blendujemy z filecikami anchois, dwiema łyżkami oliwy, szczyptą cukru i łyżką soku cytryny. Można doprawić do smaku pieprzem i papryką wędzoną.
Kaszę gotujemy odrobinę krócej niż podaje przepis na jej opakowaniu, powinna być sypka i jędrna.
Pomidory sparzamy wrzątkiem, obieramy ze skóry, kroimy na plastry, albo cząstki.
Otwieramy puszkę fasoli, odcedzamy.
Ser kroimy na cienkie plasterki, można też zetrzeć go na grubej tarce.
Szalotkę kroimy w bardzo cienkie piórka, skrapiamy octem winnym i odstawiamy.
Do dużej, ładnej, raczej płytkiej misy, wkładamy pastę z ciecierzycy i anchois. Rozsmarowujemy ją na spodzie (można też na brzegach), na to wsypujemy równomiernie ugotowaną, odcedzoną i przestudzoną kaszę. Posypujemy fasolą i pozostawioną cieciorką. Wykładamy na wierzch pomidory i kawałki sera. Na samą górę dajemy cebulę i zioła. Skrapiamy oliwą i octem, doprawiamy solą i pieprzem. Zjadamy od razu, bez przechowywania raczej.

Świeży, dziarski smak, spod którego przebija delikatna, rybna nuta. Ciekawe, różnorodne konsystencje i struktury, zabawa w miękkie, sypkie, twarde, kolorowe.

piątek, 3 lipca 2020

Cud nad Odrą i Wisłą, czyli „Jadłonomia po polsku”


Każdy, kto - jak ja - obiecał sobie, że książki kulinarnej już nie kupi, bo półki uginają się od nadmiaru, w tym przypadku sam powinien się ugiąć. Bo jest to książka, która na półce wielbiciela gotowania, świadomego konsumenta i człowieka, powinna się znaleźć. U mnie będzie ceniona na równi z zabytkową Monatową, serią książek Marka Łebkowskiego, „Nagim Szefem” Jamiego Olivera i „Jedz” Nigela Slatera.

Lubię Martę Dymek, wcześniej korzystałam z jej przepisów blogowych, to moja pierwsza książka, a trzecia z serii „Jadłonomii” drukowanych. Podziwiam pasję autorki i utożsamiam się z taką wizją gotowania. Choć weganką nie jestem, ani nawet wegetarianką, bo trudno mi zrezygnować z ryb... Może właśnie z tą księgą (duża, gruba, ciężka!) będzie mi łatwiej przestawić się, wejść na kolejny poziom, bez specjalnych wyrzeczeń.
Wszystko mnie tu kusi, w momencie kiedy to piszę przetestowałam osiem z ponad stu przepisów.
Zachwyca mnie powrót autorki do korzeni, skupienie się na polskiej kuchni, jej prostocie i wyjątkowym smaku – z tym, że po nowemu, bez mięsa i bez nabiału. Czy to możliwe? Zdecydowanie tak! Wystarczy poznać kilka patentów na gotowanie warzyw, kaszy, ryżu, grzybów, zaprzyjaźnić się z aquafabą (czyli płynem z gotowania ciecierzycy), przypomnieć sobie tradycyjne smaki kiszonek i bardzo polskich zup.

Doceniam bardzo zamysł Marty Dymek, by maksymalnie uprościć przepisy, bez szaleństwa składników i przypraw, często kuchnia roślinna może odstręczać, szczególnie początkujących, dużą ilością „dziwnych” ingrediencji. A tu wszystko właściwie dobrze znane, czasem pojawia się opcja jakiegoś dodatku, ale jednak opcja, nie wymóg.
Książka podzielona jest na osiem części: Podstawy, Przedwiośnie, Wiosna, Lato, Jesień, Przedzimie, Zima, Przepisy dodatkowe. Opisy i instrukcje są przejrzyste, zachęcające, dla zaawansowanych i adeptów, zdjęcia są apetyczne, szata graficzna miła oku.
Bezpośredni, przyjazny ton autorki, bez wysokich tonów i pouczania, za to z kulturą słowa, poczuciem humoru i pasją, sprawiają, że chcesz w ten świat wejść. Najpierw być może z ciekawością: jak to schabowy z kalafiora? Majonez z jakiegoś dziwnego płynu, boczniaki jak ryba, ciasta bez jajek? Potem z coraz większym zachwytem, bo już same opisy zwiastują, że będzie dobrze jedzone. Zdrowo i bez wyrzutów sumienia, ze smakiem, ciekawie, w zgodzie z tradycją, z troską o świat i dobrostan ludzi oraz zwierząt.

Gotuję od ponad trzydziestu lat, zaczynałam naprawdę od niczego – zero umiejętności, niepewność i niewiara w siebie towarzyszyły mi przez długi czas. Jestem zachwycona, że po takiej praktyce dane mi jest uczyć się od młodej kucharki, od kobiety, która ma dar tworzenia wspólnoty wokół sprawy dla jednych błahej, dla wielu – kluczowej.

Pisałam już o tym: stół zbliża, jedzenie łączy. Siostrzeństwo, braterstwo, współodczuwanie, powinny nabrać nowego znaczenia w świecie zagrożonym kryzysem klimatycznym i pandemiami. To jest ważna książka dla przywrócenia tych więzi, dla odnalezienia w sobie wiary, że będzie lepiej, nadziei na lepszą przyszłość. Duże słowa jak na książkę kucharską? Zbyt patetycznie? Być może, ale ja w tej książce odnajduję dokładnie to, czego mi trzeba. Cenne uczucie, a słowa to tylko (i aż) słowa.

„Uznałam, że odpowiedzi na pytanie o to, jak jeść, lepiej szukać w teraźniejszości i przyszłości, a nie w tym , co było (...)”.

„Cokolwiek i jakkolwiek jedli nasi przodkowie, my tak jeść nie musimy. Z przeszłości wynika jedynie to, jak było, a nie to, jak ma być.”

„(...) jedzenie to równoprawna część kultury, a nie bezrefleksyjna rekonstrukcja”.

Fajna z Pani babka, Pani Marto. Jeśli o mnie chodzi, to przeprosiny (kto kupi, ten się dowie) przyjęte. Uczymy się na błędach, a tylko ten ich nie popełnia, który nic nie robi. Dziękuję! :)

Podsumowując:
Dla kogo? Dla wszystkich.
Użyteczność? 9/10 (zawsze znajdą się abnegaci ;))
Przejrzystość? 10/10
Uroda? 10/10
Dostępność składników? 10/10
Ocena ogólna? 10/10

Z serca polecam. Na prezent dla siebie i bliskich, na lata w zdrowiu, na lepsze dni lepszego świata.

Cytaty pochodzą z wstępu do „Jadłonomii po polsku” Marty Dymek, wyd. Marginesy , stron 280, okładka twarda.






piątek, 12 czerwca 2020

Makaron z jabłkiem wytrawnie


Od razu spodobał mi się ten - bardzo we włoskim stylu - przepis, ledwo zerwałam kartkę z kalendarza.
O rany, to już 12 czerwca, za moment początek lata i dnia zacznie ubywać. A tu tyle do zrobienia, do zachwycenia, do zjedzenia... Nie ma co odkładać na później, trzeba działać, a to proste i szybkie danie będzie nie tylko czymś nowym, ale pozwoli też oszczędzić czas, by spędzić go w jakichś miłych okolicznościach letniej przyrody.
Zerknijcie więc na zdjęcie tej kartki z kalendarza i zobaczcie jakie to łatwe.
Ale: ja nie używam smalcu (ani smalczyku) zwierzęcego – wykorzystałam więc olej rzepakowy.
Poza tym miałam już gotowe własne pesto z rukoli, przypuszczam, że i takie ze sklepu, dobrej jakości, będzie OK. Robi się więc jeszcze bardziej banalnie, bo wystarczy tylko ugotować makaron, połączyć go z solidną łyżką, albo dwiema pesto, dodać przesmażoną cebulkę z jabłkiem.

Minimum działania, jednak by efekt był naprawdę zachwycający, polecam do cebuli (średniej całej albo połowy naprawdę dużej i pokrojonej w półkrążki) i jabłka (również nie w kostkę, a w plastry o kształcie półksiężyca) dodać nieco sosu sojowego, octu balsamicznego, płatków drożdżowych (smak nabierze wyrazu i głębi) oraz koniecznie – majeranku! Dusimy bardziej niż smażymy ten miks, można dolać do niego odrobinę wody z gotowania makaronu. Potrwa to kilka minut, gdy odcedzimy makaron (ja miałam fusili, wstążki – cieńsze albo grubsze będą lepsze) dodamy do niego pesto i przełożymy na talerz, ten aromatyczny, owocowo-warzywny dodatek będzie jak znalazł.

Świeże zioła jeszcze i parę wiórków parmezanu, albo innego twardego, dojrzałego sera, kilka kropli oliwy – gotowe! Pyszne! Szybkie!

PS. Proporcja z przepisu „kalendarzowego” to wg mnie ilość dla dwóch osób. Ale, kto to wie... :)

niedziela, 7 czerwca 2020

Sałatka „Carpe diem” z pomidorów i truskawek


Wyskakują nam w okienku telefonu miłe wspomnienia, zdjęcia z pięknych miejsc, pamiątki spotkań z fajnymi ludźmi, zatrzymane w kadrze cuda fauny i flory.
Pamiątką 7 czerwca 2020 roku, gdy za oknem chmury, deszcz przelotny, jerzyki – też przelotem, wspomnieniem kociego, sennego, niedzielnego poranka, spędzonego w kuchni i na balkonie, będzie ta sałatka.
Napisałam o niej przyjaciołom, znajomym, chcąc podzielić się tą chwilą: „Czekałam na takie truskawki. Ciemne od słodyczy, o skoncentrowanym od słońca smaku. Z dobrym pomidorem tworzą duet idealny, jak Tina Turner z Davidem Bowie, albo Freddie z Montserrat Caballé. Oliwa, krem balsamico, pikantna gorgonzola, pieprz, prażone siemię i sezam, dużo świeżych ziół. A po co listki koniczyny? Działają jak płatki imbiru przy sushi, oczyszczają smak nutą lucerny i szpinaku, tak, by każdy kęs smakował na nowo. Jeden pomidor i jedna duża truskawka. Ideał.”

Wszystko to prawda. Wszystko przeminie. Chwytaj dzień.

Składniki (porcja dla jednej osoby):
Dobry, malinowy pomidor,
Duża, dojrzała, piękna truskawka (albo dwie),
1-2 łyżki pikantnego sera gorgonzola,
Dwie łyżki oliwy dobrej jakości,
Krem balsamiczny (albo ocet),
Listki świeżych ziół: bazylii, tymianku, cząbru, oregano, mięty, lubczyku... a nawet listeczki młodej koniczyny (oczywiście niekoniecznie, choć to wspaniały dodatek),
Świeżo zmielony pieprz,
Sól (najlepiej w płatkach),
Prażone siemię lniane i sezam (niekoniecznie, ale wskazane).

Pomidora sparzonego wrzątkiem obieramy ze skórki, kroimy na plastry.
Truskawkę (truskawki) – kroimy na plasterki.
Układamy pół talerza pomidora i pół – truskawki. Dodajemy kawałeczki gorgonzoli.
Pomidory oblewamy oliwą, całość – kremem balsamicznym.
Doprawiamy solą, pieprzem i prażonymi ziarnami.
Posypujemy ziołami.
Jemy od razu. Doskonałym dodatkiem będą grzanki posmarowane cienko pesto.



piątek, 22 maja 2020

Drożdżówki dla tych z Marsa i tych z Wenus


Moja obsesja drożdżówkowa, o której pisałam tutaj – ciągle żywa. Tym razem wróciłam po ulubiony, nieco zmodyfikowany przepis na drożdżowe, żeby przygotować bułeczki idealne.
Hola, hola – jak dla kogo idealne! Bo tak się składa, zresztą pewnie nie tylko w mojej rodzinie, że jedni wolą z serem, albo jabłkami, a drudzy z rabarbarem. Wybrnąć z tego jednak nie jest trudno: wystarczy przygotować dwa rodzaje „nadzienia” – dla tych, co z Marsa i tych z Wenus.
Efekt taki, że po inne drożdżówki już nie sięgniecie. Można je piec przez cały sezon owocowy, zabierać ze sobą jako prowiant na wakacyjne mini-wyprawy, na wycieczki rowerowe, na pikniki. Jesienią i zimą też przyda się ich otulająca, puszysta delikatność.

Składniki na 10 bułeczek:

Ciasto
50 g świeżych drożdży,
½ szkl. cukru brązowego (może być nawet ciut mniej),
2 rozbełtane jajka,
½ szkl. oleju,
1/3 szkl. mleka,
2,5 szkl. mąki – może być zwykła tortowa albo orkiszowa (typ 720, nie więcej), ale nie pełnoziarnista,
Szczypta soli


Kruszonka
50 g masła,
¼ szkl. cukru,
½ szkl. mąki,
2 łyżki płatków migdałowych,
Płaska łyżeczka zmielonej kawy.


Dodatki: po kopiastej łyżce na bułkę jabłek na szarlotkę (mogą być takie gotowe ze słoika), ze dwie łodygi rabarbaru (do nich 2-3 łyżki mrożonych owoców leśnych), cukier brązowy (3-4 łyżki).
Opcjonalnie: jajko z łyżką mleka, do posmarowania bułek przed pieczeniem i cukier puder do posypania po upieczeniu.

Do większej miski dajemy po kolei:
- pokruszone drożdże,
- cukier,
- rozbełtane jajka,
- olej,
- mleko,
- mąkę,
- sól.
NIE MIESZAMY! Przykrywamy miskę folią spożywczą i odstawiamy na ok. 1 - 1,5 godziny w ciepłe miejsce.
Latem, gdy gorąco, ten czas może się skrócić, zimą warto postawić miskę przy kaloryferze.
Składniki kruszonki rozcieramy w palcach aż powstaną okruchy. Dzielimy ją na pół i do jednej części dosypujemy migdałowe płatki, a do drugiej kawę (suchą,zmieloną, nie zaparzoną!), mieszając łączymy z kruszonką.
Rabarbar myjemy, kroimy na kawałki, umieszczamy w garnku, dosypujemy cukier i mrożone owoce. Można uprażyć na gęstą konfiturą, a można też gotować tylko do momentu, aż owoce puszczą sok.
Drożdże powinny tak zadziałać, że tylko trochę mąki na środku miski będzie widać spod spienionego zaczynu. Taką zawartość miski mieszamy drewnianą łychą – dokładnie, do połączenia wszystkich składników. Stolnicę podsypujemy niewielką ilością mąki i wykładamy na nią ciasto z miski. Przegniatamy – ciasto powinno być bardzo delikatne, ale spójne. Formujemy z niego okrąg o średnicy ok. 25 cm, dzielimy na równe części. Na zdjęciu poniżej widać 12 części, ale optymalną wielkość bułek gwarantuje podział na 10 części.
Wykładamy dużą (28-30 cm) tortownicę pergaminem, można umieścić na nim 10 papierowych, rozłożonych foremek – dzięki temu bułeczki nie przypalą się i będą lepiej się oddzielać. Umieszczamy kulki ciasta w foremkach i np. spodem szklanki zanurzanym w mące, przygniatamy je na środku.
Włączamy piekarnik, by się nagrzał do 180 stopni.
W powstałych dołkach umieszczamy owoce (bez soku, każde nadzienie powinno mieć stałą,zwartą i nie wodnistą konsystencję), posypujemy je kruszonką – do rabarbaru bardzo pasuje ta kawowa.
Nim posypie się kruszonką można też posmarować bułeczki jajkiem rozbełtanym z mlekiem, będą mieć ładny połysk.
Wkładamy formę do nagrzanego piekarnika, pieczemy drożdżówki ok. 28-30 minut. Jeśli będą się zbyt mocno rumienić, można pod koniec włączyć tylko opcję dolną grzania i zmniejszyć temperaturę do 170 stopni.
Wyjmujemy z piekarnika, studzimy. Można polukrować, posypać cukrem pudrem.

To są naprawdę najlepsze drożdżówki. Przytulone do siebie nie wysychają, na drugi dzień nie tracą nic ze smaku, ani z konsystencji.
Będziecie Państwo zadowoleni. :)