środa, 20 stycznia 2021

Cynamonki

 


Tak zwykle nazywa się mięciutkie drożdżowe bułeczki z dodatkiem cynamonu. W moim, bardzo wczesnym wspomnieniu smaku i zapachu, pojawiają się w postaci ślimaczków, których spiralę tworzyła pachnąca, korzenna przyprawa. Silny aromat cynamonu powrócił, gdy upiekłam te drożdżówki - zaskakujące, bo miękkie wewnątrz, lecz pokryte chrupiącą, złocistobrązową skórką. Bardzo mi to pasuje, ale uprzedzam, bo może ktoś nie wyobraża sobie innej konsystencji niż mocno puszysta. Nie, nie tym razem. Te są jakby wprost z opowieści o zimie Muminków, gdy tego igliwia w brzuszku jednak za mało, by się nie obudzić i chce się czegoś karmelowego i dodającego otuchy… Too-tiki na pewno coś na to poradzi. 😊

Składniki:

Na ciasto - jak w tym przepisie.

Do obtoczenia

50 g roztopionego masła,

3-4 łyżki drobnego cukru trzcinowego (można go rozdrobnić przy pomocy młynka, albo malaksera),

1,5 łyżeczki cynamonu.

Do środka

8-9 łyżek domowych, gęstych powideł,

2-3 łyżki mielonych orzechów.

Ciasto robimy tak samo jak w przywołanym powyżej przepisie na drożdżówki – gdy ciasto lekko zagnieciemy i uformujemy, dzielimy je na 8-9 części.

W jednym naczyniu umieszczamy roztopione masło, a w drugim cukier wymieszany z cynamonem. Pod ręką powinniśmy też mieć powidła połączone z mielonymi orzechami.

Z każdej części ciasta formujemy grubszy placuszek, nakładamy na niego powidła (po łyżce) i zlepiamy w kulkę. Kulki następnie wkładamy na moment do masła, by całe się nim pokryły, a potem – do cukru z cynamonem.

Na blaszce z papierem do pieczenia układamy bułeczki, jeśli będą bliżej siebie, zapewne przytulą się podczas pieczenia. Jeśli chcemy, by miały ładniejszy kształt bierzemy dużą blachę i układamy je w większych odstępach.

Nagrzewamy piekarnik do temp. 180 stopni i wkładamy blachę do nagrzanego. Pieczemy cynamonki ok. 25 min. Wyjmujemy z piekarnika i odkładamy do przestudzenia.

Nie ma potrzeby, by je lukrować, posypywać cukrem pudrem. Nie wyglądają może szczególnie pięknie, ale jakie są pyszne… We Włoszech mówi się o takich słodkich brzydalach: „brutti ma buoni”.

PS. Na drugi dzień po upieczeniu bułeczki miękną. I nadal są doskonałe. :)




















































niedziela, 10 stycznia 2021

Domowa musztarda ziarnista

 


Trudniej jest zrobić dobre zdjęcie musztardy, niż zrobić musztardę. 😉

A po co właściwie ją robić, skoro można kupić? Tłumaczyłam to już wcześniej, gdy polecałam przygotowanie własnej musztardy z gorczycy zmielonej na proszek. Tym razem wersja musztardy z całych ziaren, bez mielenia, ulubiona.

Pojawiły się wspaniałe, nowe możliwości w postaci octu własnej produkcji, można zaszaleć z octem jabłkowym, malinowym, pigwowym, różanym… Ocet – czy to owocowy, czy też winny, ma tę magiczną właściwość absorbowania aromatów ziołowych, smaku przypraw, stwarza to fantastyczne warunki do eksperymentowania i tworzenia własnych, niepowtarzalnych produktów.

Na razie mam za sobą próby z dodatkiem świeżego rozmarynu, goździków, cynamonu, kardamonu, kolendry, żurawiny, musu malinowego, wszystkie udane. Oczywiście przyprawy i zioła usuwa się przed zmiksowaniem, poza nasionami kolendry. Od razu też uprzedzam, że gorczyca jest tak silna, tak zazdrosna o inne smaki, że przytłacza je z całą swoją mocą, więc to będą jedynie niuanse, ale zauważalne, przyjemne, regulujące ostrość, kwasowość, słodycz.

Na zdjęciach są cztery rodzaje musztardy: ziołowa, korzenna, malinowa i piwna.

Ziołową przygotowałam na occie jabłkowym, z rozmarynem, goździkami, zielem angielskim i kurkumą.

Korzenna zawiera, oprócz przypraw korzennych, także owoce żurawiny, namoczone wcześniej w gorącej wodzie i zmiksowane.

Malinowa powstała na occie malinowym, z dodatkiem ziarenek kolendry i musu malinowego.

Piwna jest moją, na razie, ulubioną – ma głęboki, klasyczny smak. Podaję przepis właśnie na nią.

Istotny jest też dodatek „dosładzaczy”, czyli miodu albo cukru trzcinowego. Na szczęście mam dostęp do miodu doskonałej jakości i na nim raczej poprzestaję – dodaję miód gryczany, spadziowy, leśny. Myślę, że można używać też do złagodzenia ostrej i gorzkiej kwaśności także wszelkich syropów – daktylowego, klonowego, z agawy. No i genialne jest to, że dostosowujemy moc i smak musztardy do swoich upodobań. Jeśli bardziej ją rozdrobnimy – będzie ostrzejsza, jeśli pozostawimy całe, albo lekko zmiażdżone ziarna gorczycy – łagodniejsza.

Ciemną gorczycę można dostać w wielu sklepach internetowych, jasna jest w każdym sklepie spożywczym.

Jeśli nie macie własnego octu jabłkowego, albo winnego znajdźcie taki najlepszej jakości: bio, albo produkowany rzemieślniczo. Choć przyznać muszę, że i te z „normalnych” sklepów bywają też całkiem niezłe (np. jabłkowy „bio” z Rossmanna polecam).

I to tyle.

Do przygotowania potrzebujecie jedynie dwa rodzaje gorczycy, ocet, piwo lub wodę, miód albo coś innego do dosłodzenia, dodatki: zioła, przyprawy. I dobry mały malakser, do rozdrobnienia (taki z ostrzem w kształcie litery „s”). Jeśli go nie macie, bardzo polecam zakup – jest niezastąpiony również w przypadku własnego sosu do sałatki, winegret powstaje w kilkanaście sekund.

Jaka jest trwałość takiej domowej musztardy? Moja do tygodnia znikała, ale wydaje mi się, że spokojnie 2 tygodnie w lodówce wytrzyma. Warto robić mniejsze ilości, to naprawdę nie jest trudne, ani uciążliwe.

I jeszcze jedno: musztarda jest idealna na drugi, trzeci dzień po zrobieniu. Według mnie smak jest zauważalnie lepszy.

Składniki (na jeden mały słoiczek, taki „musztardowy”):

4 łyżki jasnej gorczycy,

2 łyżki ciemnej gorczycy,

4 łyżki octu jabłkowego,

Ciemne piwo – tyle, by płyn sięgał odrobinę ponad poziom ziarenek,

Miód gryczany (albo inny) – do smaku,

Sól morska.

Obydwie gorczyce wsypujemy do małej miseczki, czy słoiczka, zalewamy octem i piwem. Przykrywamy folią, albo zakręcamy zakrętką i odstawiamy na przynajmniej 12 godzin – można do lodówki, ja trzymałam naczynie po prostu w kredensie kuchennym. Ziarna wchłoną płyn, jeśli po kilku godzinach go nie będzie, warto dolać odrobinę piwa (albo wody). Przekładamy je następnie do pojemnika malaksera, dodajemy odrobinę (pół łyżeczki na początek) miodu i soli. Pulsacyjnie rozdrabniamy – włączając kilka razy malakser. Próbujemy, doprawiamy do smaku. Jeśli musztarda jest zbyt gęsta – proponuję dolać łyżkę octu jabłkowego i zmiksować krótko raz jeszcze. Przekładamy do słoiczka, odkładamy do lodówki.

UWAGA: jeśli nie rozdrobnicie ziaren, tylko dokładnie wymieszacie je i przyprawicie, powstanie musztarda francuska.






































































































sobota, 2 stycznia 2021

Kugelis, czyli baba ziemniaczana


Chodziła za mną bardzo, aż udało się pomiędzy świętami, a Nowym Rokiem ją upiec. Wiedziałam, że powinna być z ziemniaków surowych zmieszanych z ugotowanymi i że można przełożyć warstwy kapustą. Ale jakie proporcje, czym doprawić, z jajem czy bez?

Szukałam odpowiedniego przepisu i wcale nie było to takie proste. Aż wreszcie przyszła w sukurs książka z lekko pożółkłymi kartkami, którą mam od wielu lat, ale rzadko korzystam, bo bardzo mięsna jest. „Kuchnia litewska”* Nijole i Macieja Druto, pełna jest mąki, skwarków, cielęciny i ryb, grzybów i śmietany, stoły pod takim jadłem się uginały, ludzie musieli przetrwać srogie zimy i mieć siłę do ciężkiej, fizycznej pracy. Z reguły są to proste potrawy, zwane obecnie chłopskim jadłem, wiele z nich można i warto wprowadzić także do wielkomiejskiego menu, byle z umiarem.

Baba jest z gatunku tych banalnych, kulinarnych cudów, gdy z bardzo zwyczajnych składników powstaje coś efektownego i pysznego.

W Polsce spotykana jest często pod tradycyjną nazwą: „kugiel”, jak widać blisko jej bardzo do kugelisu.

Przyda się porządna forma do babki, moja ma średnicę 24 cm. Ale można też zrobić babę w zwykłej, prostokątnej formie, albo w żaroodpornym naczyniu.

W oryginalnym przepisie warstwy ziemniaków przekłada się kiszoną kapustą uduszoną z cebulą i skwarkami. Ja poszłam na łatwiznę i wykorzystałam, bardzo zresztą przyzwoitą w smaku, gotową kapustę zasmażaną ze słoiczka, dodając do niej przesmażoną z pieczarkami cebulkę.

Składniki:

15-16 ziemniaków średniej wielkości – surowych,

5-6 większych ziemniaków – ugotowanych,

2 łyżki mąki,

1 jajko,

Sól i pieprz,

Tłuszcz (np. olej, albo masło) do posmarowania foremki i do polania wierzchu.

Kilka dużych liści kapusty włoskiej.

Do przełożenia:

1 duża cebula,

6-8 szt. większych pieczarek,

Słoiczek (480 g) kapusty zasmażanej,

Albo: kilka dodatkowych liści kapusty włoskiej.

Surowe ziemniaki, po oczyszczeniu i umyciu, trzeba zetrzeć – na tarce, albo przy pomocy malaksera z odpowiednią wkładką (drobne otwory). Odsączamy je z nadmiaru płynu, odciskając ręcznie, albo pozostawiając na sicie.

Ugotowane ziemniaki też trzeba rozdrobnić, powinno powstać gładkie puree. Zrobiłam to przy pomocy malaksera, montując w jego misie nóż o kształcie litery „S”. Łączymy ziemniaki surowe z ugotowanymi, mieszamy i doprawiamy solą i pieprzem – smak powinien być wyraźny. Dodajemy mąkę, surowe jajko i znów dokładnie, najlepiej ręcznie, mieszamy.

Na patelni rozgrzewamy nieco oleju, przesmażamy na nim cebulkę do zeszklenia, dodajemy drobno pokrojone, albo starte pieczarki, dusimy – mieszając. Dokładamy kapustę ze słoiczka, mieszamy, doprawiamy.

Uwaga: jeśli ktoś nie chce wykorzystać kapusty zasmażanej, może przygotować więcej cebulki z pieczarkami, albo grzybami i przełożyć nią warstwy ziemniaków oraz – dodatkowo – ładnymi, zblanszowanymi i pozbawionymi twardych zgrubień, liśćmi kapusty włoskiej.

Smarujemy tłuszczem formę, wykładamy ją zblanszowanymi liśćmi kapusty, zgrubieniami do dołu formy, tworząc warstwę, która nie tylko zabezpieczy przed przypaleniem, ale też utworzy efektowny wierzch. Liście powinny wystawać nieco poza brzeg formy.

Wykładamy 1/3 masy ziemniaczanej, na to kapustę z pieczarkami, znów część masy i część farszu, na wierzchu powinna się znaleźć masa ziemniaczana. Przykrywamy wierzch liśćmi wystającymi za brzeg, powinny całkowicie zakryć masę. Nakłuwamy liście lekko widelcem, spryskujemy całość olejem, lub stopionym masłem.

Nagrzewamy piekarnik do temp. 180 stopni, pieczemy babę w takiej temp. ok. 15 minut, potem zmniejszamy do 160 stopni i pieczemy jeszcze ok. 40-45 min.

Baba powinna ładnie się przyrumienić – byle nie za bardzo.

Wyjmujemy babę z piekarnika, studzimy lekko, wykładamy na talerz, odwracając formę.

Najlepiej jeść ją od razu po upieczeniu, albo na drugi dzień, krojąc na kawałki i odsmażając je na patelni.

Wierzchnie liście można zdjąć – będzie łatwiej kroić, ale liście też oczywiście nadają się do jedzenia, ja lubię takie mocno przypieczone. 😊

Idealnymi dodatkami do baby ziemniaczanej będą: śmietana albo jogurt grecki i smażona cebulka. Mniam!

PS. Jeśli nie traficie z odpowiednim doprawieniem baby solą i pieprzem, zawsze można posypać przyprawami przy odsmażaniu. Lepsze to niż przesolenie. 

*Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1987













 






































piątek, 18 grudnia 2020

Bardzo maślane ciastka z żurawiną

 


Kiedyś czekałam w napięciu na sygnał mojej ukochanej audycji radiowej i głos Piotra Kaczkowskiego, który zawsze zaczynał ją tak samo: „Minimax, minimum słów, maximum muzyki”. A ponieważ czasu przed świętami mało, więc i u mnie słów będzie tylko tyle, ile trzeba, a smak tych ciastek jest – uwierzcie mi – jak najpiękniejsze, świąteczne dźwięki.

Komuś mogą się te kruche cuda skojarzyć z Cranberry Noel, znanymi i lubianymi – sądząc po statystykach mojego bloga – ciasteczkami. Są trochę podobne, ale w tych nowszych nie ma orzechów i nie obtacza się ich w wiórkach kokosowych. Są też większe, bardziej aromatyczne i maślane. Obawiam się, że w moim przypadku zajmą na podium miejsce tych wcześniejszych…

Składniki (na ok. 40-50 ciastek, w zależności od wielkości):

220 g miękkiego masła,

100 g drobnego cukru (można zwykły cukier rozdrobnić przy pomocy malaksera, czy food procesora),

270 g mąki,

Skórka otarta z jednej, większej pomarańczy,

Wanilia w postaci ekstraktu (1 łyżeczka), esencji (kilka kropli), cukru z prawdziwą wanilią (łyżeczka),

Mały kubek, albo ¾ szklanki suszonej żurawiny.


Żurawinę zalewamy gorącą wodą, odstawiamy na 20-30 minut, odcedzamy i osuszamy (np. przy pomocy ręcznika papierowego).

Masło, cukier i skórkę wrzucamy do misy malaksera, albo miksera i miksujemy aż powstanie w miarę jednorodna konsystencja.

Dosypujemy mąkę, dodajemy wanilię i miksujemy krótko, pulsacyjnie – w malakserze, albo jak najkrócej przy pomocy miksera. Powinno się wszystko ze sobą w miarę połączyć, dokładniej zagnieciemy już rękami.

Jeśli macie malakser, czy też food procesor, a więc takie urządzenie z nożykiem w kształcie litery „S” wewnątrz, nie trzeba rozdrabniać żurawiny. Po prostu ją wrzucamy i krótko miksujemy z resztą.

A jeśli macie mikser ze standardową ubijaczką, trzeba pokroić (niezbyt drobno) żurawinę i dorzucić ją do miski. No i zmiksować – byle krótko.

Ciasto wyjmujemy na stolnicę i ugniatamy je, by powstała zwarta bryła. Również jak najkrócej, tylko do momentu połączenia wszystkich okruchów w całość.

Formujemy wałek, powinien być dość gruby – mój miał ok. 5 cm średnicy. Zawijamy go ciasno w folię spożywczą i odkładamy w chłodne miejsce na minimum 3-4 godziny, a najlepiej na całą noc.

Potem odwijamy twarde ciasto i kroimy je ostrym nożem na krążki o grubości ciut mniejszej niż 1 cm. Ważne, by kroić równo, cieńsze krążki szybciej się upieką i mogą być zbyt twarde.

Choć nie ma tu spulchniacza, ciastka w trakcie pieczenia stają się odrobinę większe, dlatego trzeba na blasze wyłożonej papierem do pieczenia układać je w odległości ok. 2 cm od siebie. Ciastka zajęły mi dwie duże blachy.

Piekarnik nastawiamy na temp. 190 stopni i wkładamy blachy do nagrzanego. Można piec dwie blachy jednocześnie – przy sprawnym, dobrze działającym termoobiegu (z termoobiegiem -  w temp. 180 stopni).

Czas pieczenia to 11-14 minut, ale pamiętajcie, że mniejsze ciastka mogą upiec się szybciej. Trzeba nadzorować wypiek, choć akurat w tym przypadku ciastka będą dość blade, mogą się tylko delikatnie przyrumienić.

Po upieczeniu czekamy kilka minut i przekładamy ciastka do przestudzenia na metalową kratkę.

Ciastka są przepyszne, zniewalająco pachną pomarańczami i masłem, kruche w sam raz, wprost rozpływają się w ustach. Jedne z lepszych, jakie upiekłam i jadłam.

*Zainspirował mnie przepis ze strony thewievfromgreatisland.com.

 




















środa, 16 grudnia 2020

Korzenne ciastka w glazurze

 


W książce „Słodko”*, której autorami są Yotam Ottolenghi i Helen Goh, przepisy są wspaniałe, ale w większości dość skomplikowane, przesłodzone i mocno kaloryczne. Jak to słodycze - powiecie, cóż, może i tak, ale choć jestem łasuchem, ograniczam cukier i tłuszcz, gdy tylko mogę. Poza tym lubię pójść na łatwiznę, nie kręcą mnie cukiernicze akrobacje. Na szczęście udało się znaleźć coś łatwego i choć ciastka są słodkie, to korzenne przyprawy trochę tę słodycz „przykrywają”.

W książce są to „ Miękkie pierniczki w glazurze maślano-rumowej”, ale ja rozwałkowałam je cieniej i wyszły kruche, naprawdę pyszne ciastka, przypominające smakiem słynne szwedzkie Pepparkakor. Tylko lepsze. 😊

Od dawna chodzi też za mną idea odbijania koronkowych wzorków na ciastkach, wydaje mi się, że to jest szczególnie przydatny pod tym kątem przepis. Wzór koronki odciska się łatwo i po upieczeniu pozostaje w miarę widoczny. Jedyny mankament jest taki, że ciasto przy wałkowaniu trochę się kruszy, ale coś za coś. Smak i wygląd to rekompensują.

Nie dodałam też rumu do glazury, musiał wystarczyć inny, mocny alkohol. A glazura jest konieczna. Nie tylko dla subtelnej elegancji, ale powoduje też, że ciastka idealnie miękną, zachowując jednocześnie kruchość. Zjawisko.

Polecam bardzo zamiast tradycyjnych pierników, to może też być zabawa we wzorki i glazurowanie, w zastępstwie tradycyjnego lukrowania i zdobienia.

I jedna ważna kwestia – w książce napisano, że „pierniki wytrzymają do pięciu dni”. Nie wiem, czy chodzi o wytrzymanie w sensie niejedzenia, bo mój wypiek ma - w momencie, gdy to piszę - już 12 dni i jest nadal świetny.

Wydaje mi się, że spokojnie dwa tygodnie ciastka poczekają, można je śmiało upiec wcześniej i zapakować na prezent.

Składniki (na ok. 18-24 ciastka):

85 g miękkiego masła,

90 g cukru trzcinowego,

90-100 g płynnego miodu (zastąpiłam miodem trudniej dostępną melasę z oryginalnego przepisu),

1 duże żółtko,

235 g mąki tortowej (plus odrobina do podsypywania),

½ łyżeczki sody oczyszczonej,

1,5 łyżeczki dobrej przyprawy do pierników na przykład tej (w oryginalnym przepisie jest 1 łyżeczka imbiru w proszku, ½ łyżeczki cynamonu, 1/8 łyżeczki mielonych goździków i ¼ łyżeczki świeżo mielonego pieprzu),

1 łyżka ciemnego kakao,

Szczypta soli.

Glazura:

80 g (czyli ok. 8 płaskich łyżek) cukru pudru,

Szczypta mielonego cynamonu,

15 g stopionego, ciepłego masła,

1 łyżka mocnego alkoholu (rum, brandy, śliwowica) albo łyżka soku z cytryny,

1 łyżeczka ciepłej wody.

W misie miksera umieszczamy masło, cukier i miód. Ucieramy wszystko na gładką masę, dodajemy żółtko i mieszamy do połączenia.

Przesiewamy mąkę z sodą i kakao, dosypujemy przyprawę/przyprawy oraz sól. Wsypujemy suche składniki do ucieranej masy i mieszamy na wolnych obrotach miksera. Gdy całość stanie się jednolita, wyjmujemy ją na podsypaną nieco mąką stolnicę i krótko oraz lekko zagniatamy. Odstawiamy na chwilę (20 min w lodówce) do schłodzenia. Wałkujemy porcje ciasta na grubość ok. 5 mm, można odcisnąć na nim wzorki układanych koronkowych gwiazdek, albo stempli i wyciąć foremką – w moim przypadku o średnicy 7 cm – okrągłe ciastka. Odciskam wzorki przy pomocy wałka, którym lekko „wprasowuję” koronki w ciasto, można pomóc sobie podsypując ciasto leciutko mąką – wałek nie będzie się przylepiać. Resztki ciasta znów zlepiam ze sobą, rozwałkowuję – i tak do całkowitego jego zużycia.

Wykładamy wycięte ciastka na dwie blachy z papierem do pieczenia. Ja piekę każdą blachę osobno, ale jeśli ktoś ma dobry piekarnik i sprawny termoobieg może pokusić się o dwie blachy jednocześnie.

Nagrzewamy piekarnik do temp. 180 (170 z termoobiegiem) stopni, wkładamy blachę do nagrzanego, pieczemy ok. 8-9 minut.

I jak to z ciastkami kruchymi – trzeba pilnować ich wypieku. Lubią się zbytnio przyrumienić, piekarniki też płatają różne figle.

Ciastka stwardnieją, jeśli przetrzymamy je zbyt długo w piekarniku będą jeszcze twardsze, dlatego warto piec je zgodnie z przepisem. Autorzy przepisu sugerują, by w połowie pieczenia wyjąć blachę i odwrócić ją, ale jeśli ktoś ma piekarnik, który równomiernie piecze, nie jest to konieczne.

Gdy ciastka się pieką, przygotowujemy glazurę - to istotne, bo glazurować je trzeba jeszcze ciepłe.

Przesiewamy cukier puder z cynamonem, dodajemy resztę składników, mieszamy. Powinna powstać glazura o konsystencji płynnego miodu. Gdy zbytnio zgęstnieje można dodać parę kropli ciepłej wody.

Wyjmujemy blachy z piekarnika, czekamy 5 minut, pokrywamy każde ciastko przy pomocy pędzelka glazurą i odkładamy je na metalową kratkę, by wystygły.

Gotowe przechowujemy w szczelnym pudełku, pojemniku.

Wspaniale smakują z ciepłym mlekiem, że o kawie nie wspomnę.

*Wyd. Filo










piątek, 13 listopada 2020

Муравейник, czyli mrowisko

 

To jeden z tych uroczych dziwolągów cukiernictwa domowego, budzących wspomnienia i tęsknotę za dzieciństwem. W Polsce, dla pokolenia pamiętającego PRL, takim cudakiem mogą być szyszki z ryżu dmuchanego i krówek, albo bloki czekoladopodobne z ciastek, mleka w proszku, kakao, czy też wafle przekładane słodką masą i powidłami. Zresztą - ile nas, tyle sentymentalnych receptur.

Zawsze było tak samo: nie ma słodyczy, a chce się coś słodkiego i mama musi znaleźć patent na zaspokojenie tych dziecięcych zachcianek. Przypuszczam, że rosyjski murawiejnik, czyli „mrowisko”, powstał właśnie w taki sposób. I zyskał sławę wypieku kultowego. Sprzedaje się go w sklepach, tak jak u nas torcik wedlowski - tylko pewnie w różnych wersjach, mniej lub bardziej bogatych w składniki.

Na Podlasiu też znane jest „mrowisko”, ale wygląda inaczej. Powstaje z faworków układanych w kopiec, z dodatkiem miodu i maku. Nie przepadam za chrustami, wybrałam więc rosyjską wersję.

Efekt jest dość przewidywalny: kawałki odłupane, bo trudno raczej odkroić ładne porcje, przypominają w smaku ciastka jeżyki. Wersja podstawowa nie zaskakuje, ale gdy doda się np. śliwki suszone, czy orzechy arachidowe, odrobinę skórki pomarańczowej i przyprawy korzennej, może powstać coś bardziej interesującego, kto wie - może nawet świątecznego.

Tak, czy siak - polecam, by choć raz zabawić się w formowanie mrowiska. Szczególnie dzieci mogą mieć z tego frajdę, a trzeba odciągać je od wirtualnego świata jak najczęściej. Nic lepszego niż wspólne działanie. Słodkie w dodatku.

Składniki (na niewielki kopczyk, ale i tak sycący):

Ciasto kruche

2 szklanki mąki,

100 g zimnego masła,

2 kopiaste łyżki cukru pudru,

Szczypta soli,

Łyżeczka proszku do pieczenia

Żółtko,

125 ml mleka.

Krem

100 g miękkiego masła

Pół puszki  (ok. 200 g) kajmaku,

Kilka kropli ekstraktu waniliowego,

5 łyżek maku (może to być gotowy mak mielony),

50 - 60 g orzechów włoskich,

Czekolada do posypania (deserowa, albo mleczna).

Suche składniki kruchego ciasta wrzucamy do miski, mieszamy. Dodajemy pokrojone masło i tworzymy kruszonkę. Można to zrobić ręcznie, można też przy pomocy malaksera.  Na koniec dokładamy żółtko i mleko, wyrabiamy ciasto dokładnie, ale krótko, formujemy z niego kulę i schładzamy w lodówce przynajmniej przez  dwie godziny (albo pół godziny w zamrażalniku).

Gdy ciasto odpowiednio stwardnieje ścieramy je na tarce o grubych oczkach i układamy cienką warstwą na dużej blasze, wyłożonej papierem do pieczenia. Według mnie mieści się tak na styku, ciasto trochę zbytnio się zbryla, nie ma formy kruszonki, ale potem i tak łamie się je na mniejsze kawałki, więc może nie jest to aż tak istotne.

Nagrzewamy piekarnik do temp. 180 stopni i wkładamy blachę do nagrzanego. Ważne, by pilnować procesu pieczenia, ciasto nie może się przypalić. Pieczemy ok. 15-20 minut, można w tym czasie przemieszać ciasto, by się równomiernie upiekło.

Upieczone ciasto przekładamy do miski, gdy przestygnie dzielimy je na mniejsze kawałki. Nie na drobne okruchy, ale też nie na za duże kawałki. Moje były nieco za wielkie, ma to potem wpływ na krojenie.  Do ciasta dodajemy rozdrobnione nieco orzechy i mak.

Miękkie masło miksujemy, dodajemy po łyżce kajmak, powinna powstać gładka masa. Dodajemy ekstrakt waniliowy, mieszamy.  

Do masy wsypujemy kruche z orzechami i makiem.  Mieszamy, łączymy całość ze sobą i wykładamy łyżką na talerz, formując kopiec.  Pomalutku, aż do skutku.

Posypujemy wierzch startą czekoladą i odstawiamy do stężenia w chłodne miejsce – na kilka godzin, albo na całą noc, ponoć lepiej się kroi, gdy zrobi się go nawet z kilkudniowym wyprzedzeniem.  My byśmy tyle nie wytrzymali. :)

Przepis znaleziony na blogu Po prostu po swojemu (przecinkowa.blogspot.com).





















wtorek, 10 listopada 2020

Kapusta pieczona ze śliwkami

 

Kapusta kiszona to dla mnie tradycyjny, jesienno-zimowy smak. Znany jakby od zawsze, a w wielu krajach poznawany dopiero teraz, doceniany oraz... modny. Bo na szczęście zapanowała moda na kiszonki, coraz więcej mówi się i pisze o ich rewelacyjnym wpływie na organizm, o walorach prozdrowotnych, o urozmaicaniu jadłospisu dobrymi bakteriami fermentacyjnymi.  W książce kulinarnej, którą lubię - „Best -ever Vegetarian”* znalazłam przepis na „Sauerkraut stew with prunes”, kapusta kiszona ma tu niemiecką nazwę, bo przecież i Niemcy słyną z zamiłowania do kiszenia.

Połączenie kapuchy (tak mówiło się w moim rodzinnym domu J), czosnku i śliwek wydało mi się zachęcające, dziwię się, że dopiero teraz wypróbowałam ten przepis.  Od siebie dołożyłam brukselkę – bardzo lubię jej smak, szczególnie pieczonej. Powstało świetne, sycące, aromatyczne danie, do jedzenia np. z makaronem - jak łazanki, albo z pajdą dobrego chleba, albo jako składnik bułek drożdżowych - kapuśniaczków. To trafny przykład jedzenia, które leczy. Taką kategorię trzeba w epidemicznych czasach koniecznie uwzględniać. I mam tu na myśli nie tylko zdrowie ciała, ale i ducha. Jedzenie, którym wracamy do miłych wspomnień, które daje poczucie bezpieczeństwa i prowokuje lepszy nastrój, jest równie potrzebne jak strawa pełna witamin, budująca odporność.

Namawiam. Kiszonki pomagały 100 lat temu, pomagają i teraz.

Składniki (porcja dla 2-3 osób):

500-700 g kiszonej kapusty,

5-7 brukselek,

2 średnie cebule,

75-100 g masła (trudno je niestety zamienić na jakiś vege tłuszcz - efekt nie będzie równie smaczny...),

Kilka ziarenek pieprzu czarnego,

Dwa ziarna ziela angielskiego,

Liść laurowy,

1 główka czosnku – w całości,

200 ml wody, albo bulionu warzywnego,

Płaska łyżka cukru,

8-10 suszonych śliwek,

Sól i pieprz,

Oliwa.

Brukselkę płuczemy, czyścimy i kroimy na połówki. Umieszczamy ją w misce i skrapiamy oliwą, mieszamy.

Kapustę można przepłukać zimną wodą – jeśli komuś wydaje się zbyt kwaśna, ja tego nie robię. Kroimy ją niezbyt drobno. Drobniej za to cebulę, którą wrzucamy na rozpuszczone na patelni masło. Smażymy do zeszklenia przez -5-6 minut, mieszając, by się nie przypaliła. Dodajemy kapustę i mieszamy całość na patelni, dorzucamy ziarna pieprzu, ziela i liść laurowy, dokładamy główkę czosnku - całą, bez rozdzielania na ząbki!

Przekładamy kapustę do żaroodpornego naczynia – najlepiej ceramicznego lub szklanego, podlewamy wodą/bulionem, posypujemy cukrem, solą (jeśli bulion jest słony – oszczędnie) i pieprzem.

Wkładamy naczynie do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i pieczemy  30 minut – w tym czasie można kapustę przemieszać. Dokładamy brukselkę oraz śliwki i pieczemy przez kolejnych 20-25 minut, mieszając w międzyczasie.

Wyjmujemy, serwujemy, zajadamy.

*Wyd. Hermes House